Święta, święta i po…

A, jeszcze nie.

Ero cras – przybędę jutro. Akrostych ten tworzą pierwsze litery aklamacji liturgicznych z ostatniego tygodnia. Cudowna obietnica Bożego Narodzenia! Hej, to już jutro!

Stało się, święta za rogiem! Gotowi? Zniecierpliwieni? Radośni? Podekscytowani na myśl o zbliżającym się chaosie, zamieszaniu i hałasie? My tak! Jak przeżyć te święta i nie zapinać później paska od spodni na dwa oczka do przodu? Jak nie dostać rykoszetem między plemienno-narodową wojną na słowa? Nie wiemy, ale #łączymysięwbólu #inadziei.

Grudzień jak zwykle upłynął za szybko. Dopiero co przyzwyczailiśmy się do porannego wstawania na roraty, a te już się skończyły. Zawsze planujemy sobie więcej wolnego w grudniu, w końcu to czas intensywniejszego zastanawiania się. Unikamy wyjazdów i dodatkowych projektów, żeby na spokojnie pobyć, przygotować się do świąt, do zamknięcia roku i otwarcia kolejnego. Koniec końców czasu i tak jest za mało, biegamy ciągle i wszędzie, a wolne weekendy spędzamy w 25 C° w grubym swetrze, z płaszczem pod pachą w galeriach handlowych lub na targach rzeczy ładnych, zamiast w domu, w ciszy i spokoju. Szał świątecznych promocji, -30%, -50%, w końcu -70%, ostatnie grosze wydajemy na prezenty dla najbliższych i dla siebie. Ajfony, portfele, książki, szaliki, skarpetki… Byle dużo, byle drogo.

Zmęczeni zakupami nie mamy już sił na tworzenie świątecznego klimatu. Całe szczęście zadbały o to tęgie głowy menadżerów kawiarni, które już od listopada są udekorowane, serwują zimowe kawy #limitededition w akompaniamencie świątecznych hitów. Nie można się spieszyć, pijąc kawę i nie można pić kawy, spiesząc się. Łapiemy więc te pół godzinki, kiedy możemy uspokoić oddech, odsunąć christmasowy szał i pomyśleć.

Dzięki Bogu są roraty – moment tylko dla Niego, jedyny okres, kiedy podnosisz się przed 6.00 rano, czy raczej – jak my – przed 9.00 #guilty. Całe szczęście komercyjny świat nie budzi się tak wcześnie i o tej porze nie mamy zbyt wiele alternatywnych propozycji na spędzenie czasu.

I tak dotrwaliśmy do świąt.

A tam powtórka z rozrywki: wspominanie największych życiowych kompromitacji, omawianie naszego, mniej lub bardziej udanego, życia miłosnego, komentowanie postępów edukacyjnych. Jeszcze tylko Kevin po raz enty, bo to przecież taka sama tradycja jak opłatek, karp i choinka. W końcu wybija 12 – wchodzisz zmarznięty do kościoła, obczajasz znajomych, tegoroczny wystrój, dzielisz się opłatkiem z proboszczem i parafianami, wychodzisz jeszcze bardziej zmarznięty.

Stało się – Bóg się narodził. Wesołych Świąt!