Kobietą być – kto to ogarnie?

Nikogo – mam nadzieję - nie dziwi kobieta na siłowni dbająca o swój wygląd albo kobieta za kierownicą autobusu lub ciężarówki.

Jak być kobietą we współczesnym świecie? To pytanie, które nurtuje pewnie nie jedną z nas. Szeroko rozumiana kultura popularna daje nam tyle wzorców zachowań, że można się w tym wszystkim pogubić.

Z jednej strony kobieta to podporządkowana mężczyźnie istota, która ma rodzić dzieci, wychowywać je, prowadzić dom i wspierać męża w każdej najdrobniejszej sprawie.
Z drugiej, mamy model kobiety wyzwolonej, która na pierwszym miejscu stawia samorealizację, a potem narzeka że „nie zdążyła być mamą”. Albo nawet nie narzeka..
Tak źle i tak niedobrze.

Co więc zrobić? Jak odkrywać swoją kobiecość? Jak żyć?
Na początku uczymy się, jak być kobietą od swoich matek. To one pokazują nam jak się ubierać, jak zachowywać. Podświadomie przejmujemy ich zachowania i w pewnym momencie życia uświadamiamy sobie, że większość czynności wykonujemy identycznie jak one! Pamiętam ten szok, kiedy dotarło to do mnie kilka lat temu. Dzisiaj jestem już prawie pogodzona z tym, że jestem swoją mamą (choć wciąż walczę!). Później, wiadomo… koleżanki, bff, pierwsze imprezy i nagle okazuje się, że żeby wpasować się w grupkę koleżanek trzeba opanować tajniki makijażu! Przyznaję się bez bicia, nie opanowałam ich do dzisiaj, a mam 22 lata.

Jednak nasza płeć kulturowa, bo tak się to profesjonalnie nazywa, kształtuje się też poprzez media. Z kolorowych gazet dla kobiet dowiadujemy się jak być glamour, z telewizji, że kobiecy wygląd, to krótka sukienka, długie nogi i profesjonalny make-up i wreszcie.. Internet. Social media, kreowanie własnej postaci za pomocą portali społecznościowych, blogerki modowe, które wyznaczają trendy. Jak to wszystko ogarnąć? Bo przecież do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nasz katolicyzm. Tutaj też mamy całą masę wzorców (a raczej stereotypów).
Długa spódnica, no make-up i wewnętrzny spokój, bo przecież Jezus mnie kocha. Serio?
Według mnie te wszystkie style można ze sobą połączyć, aby odnaleźć siebie. Weźmy np. mnie. Nie potrafię się malować, rzadko to robię, a czuję się kobieco. Łykam całą masę trendów kreowanych przez popkulturę, ale też całą masę odrzucam. Wszystko jest przecież dla ludzi. Nie musimy brać bezmyślnie wszystkiego, co nam podają na tacy, ale możemy to sobie posegregować i stworzyć swój własny wizerunek. O to chyba chodzi we współczesnym świecie. O szeroko rozumiany indywidualizm.

Dlatego nie ma już jednego wzorca kobiecości. Mamy do wyboru całą masę opcji. Nie musimy być tylko matkami zajmującymi się domem, możemy wszystko. Nikogo nie dziwi kobieta na siłowni dbająca o swój wygląd albo kobieta za kierownicą autobusu lub ciężarówki. Coraz częściej przyjmujemy typowo męskie cechy. Jesteśmy silne, zdeterminowane, dominujące.

A jak kojarzy nam się katoliczka? Stereotypowe myślenie wskazuje na skromną, cichą, zakochaną w Bogu dziewczynkę, która nie ma własnego zdania.
Okazuję się, że jest trochę inaczej. My – Katoliczki też ogarniamy trendy popkultury, potrafimy się ubrać i malować modnie (no, może z wyjątkiem konturowania sobie nóg i dekoltu), mamy swoje zdanie, potrafimy dyskutować na kontrowersyjne tematy. Co więcej, posiadamy też cechy na ogół przypisywane mężczyznom.

Musimy po prostu głośno mówić o swoich potrzebach i uczuciach, aby ktoś nas zrozumiał…